Relacje subiektywne., Życie po katastrofie.

Panieński – moja szalona podróż do G.

Wieczór panieński – z czym to się cholera je?

Wydawałoby się , że będąc dwukrotnie mężatką wszystkie atrakcje związane z ślubami mam opanowane do perfekcji. Te zwyczaje, lokale, przygotowania – co to dla mnie? W końcu mam doświadczenie.. No jakoś nie bardzo.  Namiastkę wieczoru panieńskiego miałam przed pierwszym ślubem – wyjście do klubu z trzema przyjaciółkami. Tak po prostu, bez fajerwerków.Przed drugim ślubem nawet nie było szans by zorganizować wieczór panieński.  Kiedy moja kochana D. oświadczyła, że wychodzi za mąż i jej świadkowa zadzwoni do mnie w sprawie wieczoru panieńskiego, miałam mieszane uczucia. Trzeci wyjazd do G. w ciągu jednego miesiąca. Koszty, jazda autobusem 5 godzin w jedną stronę, zmęczenie koniec roku szkolnego…. Znalazłam powód do marudzenia. Z drugiej strony IMPREZA Z B. I D. BEZ DZIECI!!! Na moim terenie. Czego chcieć więcej.

Nie było opcji, że nie pojadę – jedynym powodem mogły być jakieś zawirowania związane z dziećmi. Na szczęście Dziobaki stanęły na wysokości zadania i się nie pochorowały ani nie stawiały oporu by zostać z babcią. Smerfetka wprawdzie załapała focha, że ona też jest dziewczyną i dlaczegóż nie została zaproszona…ale informacja, że na wesele idzie z nami ją bardzo uspokoiła.

W międzyczasie powstała na FB grupa łącząca wszystkie zaproszone dziewczyny, zostały ustalone atrakcje, prezenty i podzielone koszty. Mimo, że wiedziałam co i jak, jechałam trochę niepewna, czy będę umiała się dobrze bawić – dawno nie było mi dane imprezować. Jedyna moja nadzieja, że trochę wyluzuje to było spotkanie z B. przed wielkim wyjściem. Obie wprawdzie nakręcałyśmy się, że jesteśmy za stare na takie imprezy i że zdziczałyśmy na naszych „zesłaniach” ale przy prasowaniu wyjściowych ciuchów (w kolorach czarnym i czerwonym – jak było ustalone wcześniej)  i wymianie kosmetyków do makijażu, nabrałyśmy wiatru w żagle i jak zawsze spóźnione, stawiłyśmy się na imprezie.

Świadkowa i spółka dały radę!

W domu D. czekały już wszystkie dziewczyny. Od razu dały nam drinki (przepyszne mohito 🙂 ) do rąk , papierowe korony na głowę i postawiły nas, na przygotowanej ściance do zdjęć. Po piętnastu minutach czułyśmy się w swoim towarzystwie rewelacyjnie. Głupawka, którą zazwyczaj łapię z B. była pomnożona razy 5 więc nasze śmiechy słychać było w całej dzielnicy. Na pewno cały blok słyszał, że właśnie zaczyna wieczór panieński. Dziewczyny będące na miejscu w G. przygotowały wszystko perfekcyjnie. Były balony, drinki, przekąski, gry towarzyskie i oczywiście cudowne prezenty. Oto jeden z nich:

http://www.empik.com/gra-planszowa-gierki-malzenskie-mdr-dystrybucja,p1115778606,zabawki-p

 

Najważniejsza panna czyli D. bawiła się świetnie. Wyluzowałyśmy się wszystkie, przy kalamburach, które w wykonaniu 6 nie do końca trzeźwych nauczycielek i psycholożki, wyglądały mega komicznie. Dwa dni później miałam zakwasy ze śmiechu – już nie mówiąc o zmarszczkach mimicznych, co to mi się pogłębiły okrutnie.

ESCAPE ROOM – atrakcja nie koniecznie dla dzieci.

Ciekawa, modna ostatnio forma rozrywki – czyli escape room. To był drugi punkt programu. Zostałyśmy zamknięte na stacji kosmicznej, z której musiałyśmy się wydostać w ciągu 60 minut. Powiem Wam szczerze, że adrenalina zrobiła swoje, rozwiązywałyśmy zagadki, szukałyśmy szyfrów i wskazówek  – byłyśmy świetne – ale jakbyśmy trochę mniej drinków wypiły w domu, może uratowałybyśmy się z tej stacji. No niestety zginęłyśmy z braku tlenu w przestrzeni kosmicznej. No dobra – brakło nam może 10 minut 🙂

Nikula na dyskotece -tego świat dawno nie widział 🙂

Ostatnim punktem programu była dyskoteka. Okazało się, że w modnym w G, klubie odbywało się kilka, jeżeli nie kilkanaście wieczorów panieńskich tej nocy. Wszystkie panny młode miały szarfy, korony lub opaski i kilka koleżanek z podobnymi dodatkami. My przez całą imprezę w srebrnych koronach na głowach też rzucałyśmy się w oczy. Czułam się fantastycznie, głośna muzyka, tłum tańczących wokoło, dużo śmiechu  – rzadko miałam w życiu okazję się w ten sposób bawić. Nie musiałam pić, ani szaleć na parkiecie – wystarczyło mi chłonąć tą atmosferę. D. musiała wykonać zadania przygotowane dla niej na tą noc – ze wszystkich się wywiązała – co jest udokumentowane na zdjęciach. Myślę, że dla niej będzie to niezapomniana impreza – czyli cel osiągnięty.

Warto było jechać!

Syndrom dnia następnego dopadł mnie już w pierwszym autobusie. Żołądek nie przyjmował pokarmów stałych, w głowie helikopter a ten autobus ciągle hamował albo zakręcał – nie miał litości. Na szczęście udało mi się większość drogi przespać. Babcia zajęła się dziećmi, więc mogłam w domu spokojnie dojść do siebie.

Bardzo dziękuje D. i dziewczynom za ten dzień. Uświadomiłam sobie, czego mi tu najbardziej brakuje, ale też, że jeszcze potrafię się bawić i nie zdziczałam całkiem. Nie mogę doczekać się wesela, które już niedługo.

SZAMPAŃSKA ZABAWA - panieński
WIECZÓR PANIEŃSKI

 

5 thoughts on “Panieński – moja szalona podróż do G.

  1. Świetnie, że udało się pojechać 🙂 Wieczory panieńskie bywają przereklamowane, ja swojego własnego też się obawiałam. Działo się za dużo, ale nie mogłam organizatorkom odmówić udziału w żadnej z przygotowanych atrakcji 🙂 Pozdrawiam i zaglądam do innych wpisów – dobrze się Ciebie czyta 🙂

  2. Czasami … nie chce się nawet iść na imprezę np. na wieczór panieński. Ale potem, kiedy spędzi się czas w fantastyczny sposób z fantastycznymi dziewczynami to już jest wielka radość 😀
    Pozdrawiam !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *