Felietony o tym co mnie porusza., Relacje subiektywne.

Nutella Mini Tour de Pologne – oczami matki kolarza amatora

Chciałam się podzielić w Wami moimi własnymi, bardzo subiektywnymi odczuciami z imprezy dla dzieci Nutella Mini Tour de Pologne.
Udział dziobaka w tej imprezie był planowany już od roku. W czasie zeszłorocznego przejazdu TdP kibicowaliśmy tak dzieciom Nutelli jak i zawodowym kolarzom. Dziobak postanowił wtedy, że on też pojedzie. Musiał odczekać rok, żeby osiągnąć magiczny wiek 8 lat.
Przygotowania do tej imprezy wyglądały tak że zapisaliśmy się online, przeczytałam regulamin i pojeździliśmy rowerami na niezbyt długie odległości. Niczego więcej zrobić nie mieliśmy nawet w planach. W końcu chodziło o przygodę, udział i sprawdzenie swoich możliwości. Z jednej strony bardzo chciałam żeby Dziobak przełamał się, uwierzył, że może pojechać w prawdziwym wyścigu, pokazać mu, że takie zawody są fajne. Chciałam, żeby był z siebie dumny, miał o czym opowiadać i czym się pochwalić. On ma tak niskie poczucie własnej wartości, szczególnie, jeżeli chodzi o sport, a rower to jego pasja, coś co sprawia mu przyjemność praktycznie od kiedy usiadł na trzykołowym malutkim rowerku.Jeszcze niezbyt pewnie wtedy chodził. Z drugiej strony sama byłam mega ciekawa, jak to wygląda od strony organizacyjnej, chciałam zobaczyć to z bliska – lubię być czasem w centrum zamieszania – poobserwować.
Im bliżej było do wyścigu, tym bardziej widziałam podekscytowanie u Dziobaka i coraz większą tremę. Nagle pojawiły się u niego silne bóle głowy. Dziecko zazwyczaj dosyć aktywne, nagle nie miało na nic ochoty. A do wyścigu trzy dni. Nastąpiła szybka refleksja czy to stres czy może coś się wykluwa. Diagnoza była mocno zaskakująca -bardzo silne zapalenie zatok (zero kataru i gorączki – ale rtg nie pozostawiało żadnych wątpliwości). Niezbędny antybiotyk i inne leki. Lekarz pytany o wyścig powiedział krótko – jechać jeżeli samopoczucie pozwoli, nie cackać się, „traktować jak psa – dobrze karmić i często wyrzucać na pole”.
Dzień przed wyścigiem osłabienie sięgnęło zenitu i byliśmy raczej pewni, że odpuszczamy. Jeszcze zapowiadali straszne burze i ulewy. Decyzja była przesądzona.
Rano obudziło mnie słoneczko za oknem i Dziobak podekscytowany, że TO DZIŚ!!. Już czuł się lepiej i był od 8 gotowy do wyjazdu. Podrasowali z Dziadkiem rower, ustawili przerzutki i ściągnęli koszyk. Babcia naszykowała posiłek regeneracyj – sznycelek z sosikiem. Zaopatrzeni w wodę i kurtkę przeciwdeszczową poszliśmy potwierdzić rejestrację.
Na miejscu okazało się, że jest bardzo tłoczno i kolorowo. Długość kolejki do rejestracji nas trochę przestraszyła ale była bardzo sprawnie obsługiwana i szybko dostaliśmy swój nr startowy, chip na buta, długopis do wypełnienia danych, koszulkę, czapeczkę i bidon. Koszulka, czapeczka i bidon – bardzo profesjonalne, całe zapełnione kolorami i logo Nutelli oraz Tour de Pologne. Młody szybko przebrał się, wypełniliśmy dane, przyczepiliśmy nr i chip. Już wyglądał jak profesjonalny kolarz i był z tego dumny 🙂
13659070_10207064625594244_4954098563903480687_n
Półtorej godziny oczekiwania na start wypełniło buszowanie po namiotach sponsorów, robienie zdjęć i wspólne zabawy organizowane przez animatorów Nutelli, Nasz plecak pękał w szwach od różnych gadżetów rozdawanych przez sponsorów. Mieliśmy więc nutellę w malutkich pojemniczkach z łyżeczkami, smycze różnokolorowe, breloczki, grzechotki i paletki do kibicowania, peleryny,owoce i cukierki. Dziobak tańczył i skakał ze ślicznymi animatorkami w ramach rozgrzewki. Dzięki temu trochę rozładował napięcie i wyciszył emocje przed startem.
Ja obserwowałam przygotowania do tak olbrzymiej imprezy jak meta TdP. Zamknięto połowę miasta i wypełniono teren mnóstwem ogromnych reklam, takich by były widoczne z helikoptera podczas nagrywania relacji z dojazdu do mety. Zbudowano trybuny, multimedialne miejsca dla komentatorów i jury. Wszystko było robione szybko i sprawnie. Widać było, że każdy wie co ma robić i gdzie jest jego miejsce.
Wiedziałam, że nie mogę okazać Dziobakowi, że się denerwuje ale mój niepokój narastał kiedy przyjrzałam się innym uczestnikom i ich rodzicom. Chociaż czasem nie miałam pewności czy to rodzice czy trenerzy. My byliśmy tylko we dwójkę, martwiliśmy się żeby nie rozpadało się na dobre oraz żeby zgarnąć jakieś gadżety, z których ucieszyłaby się Smerfetka. Natomiast część dzieci miała bez przerwy tłuczone do głowy: jedź szybko, nie oglądaj się, musisz wygrać, pchaj się do przodu na starcie, nie daj się wyprzedzić. Była gromada takich, którzy biorą udział w każdym wyścigu a ich rodzice znają już wszystkich organizatorów. Największe szaleństwo rozegrało się przed samym startem. Ponad setka dzieci z roczników 2008,2007 i 2006 przepychała się sama albo była przepychana z rowerami przez rodziców, część była przerzucana przez ojców przez barierki bliżej linii startu a za nimi były przerzucane ich rowery. Rodzice wrzeszczeli żeby weszli na rowery, nie dali się wypchnąć itd. Patrzyłam na to z przerażeniem. Jak normalne dzieci, biorące pierwszy raz udział w tej zabawie mają się tam czuć? Dziobak był tam sam, ja mu tylko powiedziałam żeby dojechał bezpiecznie i pomachał babci po drodze, sama nie wiedziałam jak mogłabym mu bardziej pomóc. Całe to szaleństwo wytrąciło mnie mocno z równowagi. Kiedy wystartowali i już na pierwszej prostej część odpadła z wyścigu bo się poprzewracali jeden na drugiego zaczęłam się naprawdę bać. Jak dzwoniłam do babci, żeby dać jej znać, że ruszyli ryczałam sama nie wiem czemu. Powiedziałam jej tylko, żeby mi dała znać, że przejechał bo się przewracają i się martwię. Ona mnie postawiła do pionu, krótkim „nie histeryzuj”, po czym sama zaczęła pohukiwać nerwowo na dziadka, że ma tam patrzeć czy jedzie Dziobak. Z nerwów wyłączyła sobie telefon i nie umiała włączyć, więc zadzwoniła z domowego jak Dziobaczysko purpurowy ale skupiony i szczęśliwy mijał linie mety a ja zdzierałam gardło dopingując. Przejechał swój pierwszy wyścig i dojechał w połowie stawki chociaż nie pchał się przy starcie na pierwsze pozycje, był po drodze blokowany przez innych ale nie dał się zrzucić z roweru. Był naprawdę szczęśliwy, cala rodzina gratulowała mu i myślę, że czuł się bardzo ważny i wyjątkowy.
Taki był właśnie mój cel – osiągnięty został w stu procentach. Bawiliśmy się obydwoje świetnie, była to ciekawa atrakcja, dzień spędzony razem i bogaty w wiele emocji. Mamy wiele nowych doświadczeń i nie żałujemy decyzji o starcie.
Wracając widzieliśmy szaleństwo podczas wyścigu starszych dzieci (10-12 lat). Rodziców jadących obok całą trasę i wydających komendy, dzieci spięte do granic możliwości i mające w oczach żądze wygranej. Nie jestem w stanie tego zrozumieć i cieszę się, że udało nam się Dziobakowi wpoić sens takich zabaw. Bo przecież to jest zabawa i jeszcze długo powinna nią być.
pierwsza ścianka w życiu
profesjonalne studio zbudowane w ciągu chyba godziny

1 thought on “Nutella Mini Tour de Pologne – oczami matki kolarza amatora

  1. Witaj Ewuśka. GRATULUJĘ! Tobie za podejście do wyścigu, ale przede wszystkim Dziobakowi za wszystko czego dokonał. Cieszę się razem z Wami a czytając relacje czułam jakbym tam była osobiście. Ściskam Was mocno i buziaki przesyłam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *