Felietony o tym co mnie porusza., Relacje subiektywne.

mój pierwszy raz ….. na dożynkach :)

Są takie rzeczy w życiu człowieka, których zdarza mu się doświadczać po raz pierwszy pomimo wieku zaawansowanego 30 +, Tak mi się właśnie zdarzyło podczas minionego weekendu. Pierwszy raz w życiu byłam na dożynkach. Wiem, wielu pomyśli „ojej też mi atrakcja”. Dla moich Dziobaków była to atrakcja niebywała, Dla mnie…poligon doświadczalny. Doświadczyłam całego spektrum możliwych emocji. Nie tylko pozytywnych. Niestety.

Cały feler polegał na tym, że ja nie byłam tam ani zaproszonym gościem, ani organizatorem ani zwykłym uczestnikiem. Właściwie nie wiem czym ja tam byłam ale nie jest to ważne. Patrzyłam na to, jakby nie było święto, jako baczny obserwator. Byłam również bacznie obserwowana.
Mój T. był jednym z organizatorów tej imprezy. Ja i Dziobaki byliśmy jego osobami towarzyszącymi. Jako tacy mieliśmy dostęp tam, gdzie nie każdy mógł się dostać ale nikogo, poza T. nie znaliśmy.Za to wszyscy zainteresowani wiedzieli, że ja to „ta nowa od T. a te dzieci to nie wiadomo czyje” Czułam czasem badawcze spojrzenia i tak zwane obrabianie dupy. No cóż z tym też da się żyć 🙂
Dziobaki szybko znalazły sobie towarzystwo a ja ukryłam się w tzw namiocie dla Vipów. Jak wiadomo na dożynkach Vipem jest zarząd gminy, ksiądz proboszcz, zaproszeni goście i komendant policji. Oraz oczywiście ich kobiety i ewentualnie dzieci.A co poza Vipami może znajdować się w namiocie dla Vipów? Jedzenie, cała masa jedzenia – zamówiony catering plus dary od kół gospodyń wiejskich z sołectw należących do gminy, no i oczywiście alkohol. morze alkoholu. I to nie te czasy, żeby jakiś miejscowy bimber. Elegancka wódka, dosyć dobre wina i whisky. Poza tym zimne i ciepłe napoje. Dla każdego co lubi w nieograniczonych ilościach. Żeby wejść do namiotu i móc skorzystać trzeba było mieć kotylion. A żeby go dostać należało być bardzo ważną osobą lub mieć układ z niezbyt miłą panienką. Mocno wyfiokowaną pracownicą gminy. Aż przykro było patrzeć, jak tak młoda osoba może być opryskliwa i nieuprzejma dla osób, które w jej mniemaniu nie były ważne, lub miały wykonywać zleconą przez gminę pracę.Za to na widok wójta rozpływała się w uśmiechach i uprzejmościach, szczebiocząc niczym skowronek.
Siedząc tam i wspierając dziewczynę, mającą obsługiwać to towarzystwo coraz bardziej czułam, że to chyba nie jest moja bajka. T. biegał cały czas jakby mu skrzydła wyrosły. Nie miał czasu dla siebie ani tym bardziej dla nas. Wiadomo, znał tam wszystkich gości, każdy chciał pogadać. Dziobaki z uporem maniaka śledziły go krok w krok. Co chwile przylatywały zameldować mi, że wujek znowu obściskiwał się z jakąś babą. I że natychmiast mam tam pójść a one pokażą mi, która to tym razem. Niby śmieszne to było, teoretycznie wiedziałam – taka praca. Ale zabolało. Ciężko siedzieć w obcym miejscu, wśród obcych ludzi, będąc czujnie obserwowanym i widzieć, że on ma czas dla wszystkich ale dla mnie nie. No i oczywiście, gdzieś z tyłu głowy ten przebłysk pytania „czy którejś nie obściskuje za bardzo”. I nie wiem, czy to było tylko moje uczucie czy te moje Dziobaki też jakoś to bardziej obeszło niż zazwyczaj.
Zachwyciły mnie przepiękne wieńce zrobione z plonów zebranych przez mieszkańców. Pracochłonne arcydzieła wykonywane ręcznie przez zdolne gospodynie. Również wszelkie wyroby cukiernicze, bigosy, fasolki. Wszystko pyszne i ekologiczne. Mieszkańcy gminy przygotowali również bardzo zabawne przedstawienie dla dzieci. To wszystko było takie swojskie, autentyczne.
Niestety władze jakby zapomniały czyim świętem są dożynki. Wszyscy wystrojeni w najlepsze garnitury, piękne suknie i fryzury prosto od fryzjera byli strasznie ważni. Prowadzący imprezę przegonił siedzące na ławkach pod scena dzieci, bo mieli nadejść goście. Mówił to wprost i moim zdaniem trochę niegrzecznie. Kiedy nad stadionem rozpętała się wielka burza wszyscy uczestnicy kryli się pod ledwie paroma parasolami a nawet pod stołami dożynkowymi. Ważniaki mogły wtedy w swoim klimatyzowanym namiocie schować się i rozpocząć biesiadę. Wtedy już lały się procenty i nikt nawet nie pomyślał, że w tym namiocie zmieściłoby się więcej osób. Chociażby dzieci. Mogłyby przeczekać ulewę i napić się ciepłej herbaty. Ale, no cóż nawet na moje dzieci i syna pracującej tam kelnerki patrzono krzywo i liczono czy zjadły lub wypiły cokolwiek. Nie było szans żeby im mogło braknąć. Jestem pewna, że po imprezie została masa jedzenia. Organizator w pewnym momencie kazał kelnerce jedno z dań dawać wszystkim obowiązkowo i nie pozwolić na odmowę. Większość później wyrzucono do śmieci a w garze nadal zostało tyle, że cały stadion by się najadł. I gdzie tu sens? Gdzie logika? Opłacony catering, ciasta z piekarni, dary od mieszkańców i to wszystko w kosz? Nie lepiej byłoby zaprosić tych mieszkańców i ich dzieci. To oni powinni świętować, to praca ich rąk powinna zostać doceniona podczas dożynek. Nie sądzę żeby ksiądz proboszcz plony zbierał, wójt powinien być z ludźmi i dla ludzi bo przez nich został wybrany i za gminne pieniądze organizował dożynki. Tym bardziej, że impreza przebiegała w strugach deszczu, dzieci i dorośli marzli i mokli. Można było w związku z tym zmienić formułę i otworzyć dla nich ten magiczny namiot. Widziałam, że mieszkańcy bawili się mimo wszystko co sprawiło, że moja sympatia dla nich rosła z minuty na minutę.
Cała ta sytuacją pozwoliła mi na jeszcze jedną obserwację.Osoby starsze mają dużo większą klasę i wyczucie. Młodzi, szczególnie ci którzy dorwali się do władzy, oraz ich żony i kochanki myślą, że zwojowali świat. I należy im się szacunek bez względu na wszystko. A słoma z butów niestety wychodzi a po kilku głębszych wychodzą całe snopy. I nie twierdzę,że ja jakaś święta jestem. Bywałam na imprezach różnych jako gość i organizator. Wszystko jestem w stanie zrozumieć ale nie takie oddzielanie się władz od ludzi, kategoryzowanie uczestników wg widzimisię jakiejś panienki – tu niestety władza uderzyła do głowy i myślę, że to w karierze w gminie nie pomoże. Wyliczanie każdego kęsa pani pracującej w obsłudze? Przeganianie najmłodszych? I to na dożynkach!
Ja może się nie znam, może tak jest zawsze i tak być musi. W takim razie nie rozumiem sensu dożynkowego święta. Czy to jest impreza na najwyższych szczeblach czy święto rolników? Dziękujemy za plony wyrzucając je do śmieci?
Taka moja obserwacja i kolejne doświadczenie życiowe. Z tego miejsca chciałam podziękować kilku osobom, które nie patrzyły z daleka pokazując palcem tylko zamieniły ze mną chociaż kilka słów, nawet za uśmiech wysłany z daleka. Były momenty, że dawało mi to wsparcie i wiarę w ludzi 🙂 I gratuluję tym wszystkim młodym i starszym mieszkańcom sołectw za piękne dzieła ich własnych rąk, występy, przetwory i ciasta. To jest w tym najważniejsze i ja to doceniam.
14063930_10207344267025105_3981823220889902339_n

 

14079679_10207344267825125_5678177439068244184_n

3 thoughts on “mój pierwszy raz ….. na dożynkach :)

  1. Brawo za trafne spostrzeżenia! Rzeczywiście imprezy w gminie są coraz bardziej dla „elit” (o ile tak to towarzystwo godzi się nazwać) i mało to ma wspólnego w tym wypadku z dziękczynieniem za plony. I bardzo mało ze zwykłymi ludźmi:/ A gadaniem się nie przejmuj, T. promienieje jak nigdy i tego możesz być pewna:)

  2. Witaj Ewuśka.
    Cóż samo życie. Nie zmienisz tego niestety. Najważniejsze, że byli również mili ludzie, że byłaś, widziałaś i że Dziobaki brały udział w tej imprezie dożynkowej.
    Ściskam Cię mocno 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *