Dziobaki i inne zwierzęta domowe., Relacje subiektywne.

koszmarny okulista kontra matka wariatka

Nie cierpię chodzić z dziećmi po lekarzach, a nachodziłam się z obydwojgiem trochę już. Zazwyczaj było tak, że co lekarz to opinia a ja wychodziłam z tych wizyt głupsza niż przedtem. Albo dowiadywałam się, że histeryzuje, albo że czegoś nie zauważyłam odpowiednio wcześnie. Jakaś paranoja.
W związku z przeprowadzką, musiałam pożegnać wszystkich sprawdzonych specjalistów i rozejrzeć się tutaj za nowymi. Było kilka tematów pilnych: neurolog, endokrynolog, psycholog i okulista. Większość oczywiście prywatnie bo szybko się nie dało inaczej. Miałam trochę zaległości z G. Tam kompletnie nie było czasu ani środków na lekarzy. Trzy z tych wizyt oczywiście wprawiły mnie w ciężką depresję i poczucie winy. Bo Dziobak ma nadwagę, bo nie odżywia się zdrowo, mało się rusza itd. On jak słyszy, że idziemy do lekarza to dostaje furii. Bo wie co usłyszy. Ja tez wiem i też idę zawsze nastawiona bojowo i w pełnej gotowości do ataku. W końcu to najlepsza obrona.
Większych atrakcji nie spodziewałam się tylko u okulisty. Tam musiałam wziąć dwójkę bo wadę wzroku odziedziczyli po mnie niestety. Młody bardzo mocne okulary musi nosić a Smerfetka przestała swoje nosić jak zniszczyła druga parę z rzędu a ja nie miałam kasy na następną. Jej silny zez w międzyczasie praktycznie całkowicie zniknął. Wiedziałam, że potrzebna, mimo wszystko, będzie kontrola więc zapisałam obydwoje do losowo wybranej przychodni, najbliżej domu. Upewniłam się wcześniej u pani rejestratorki, czy pan doktor ma podejście do dzieci. Wiadomo to badanie wymaga dobrego podejścia i współpracy dziecka z lekarzem. Moje Dziobaki już nie raz były badane przez okulistę więc wiedziałam, że wystarczy cierpliwość lekarza aby nie było problemów. No cóż….moje zdziwienie nie miało granic.
Pan doktor spóźnił się na wizytę jakieś półtorej godziny. Nie mówił dobrze po polsku…dowiedziałam się później, że jest Słowakiem. Mówił za to bardzo głośno i nerwowo. W poczekalni słyszałam jak pokrzykiwał na starsza panią w gabinecie. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale miałam nadzieję, że do dzieci podejdzie spokojniej. Żeby ich czymś zająć wybraliśmy w międzyczasie oprawki w salonie optycznym znajdującym się w poczekalni. Bardzo mi się podobały, dzieciom też. I nawet nie były drogie. W końcu nadeszła nasza kolej. I zaczął się koszmar. Pan doktor od drzwi huknął na mnie, że dlaczego Dziobak ma takie byle jakie oprawki okularów – przy jego wadzie musi mieć inne a te są beznadziejne. Potem spojrzał na Smerfetkę i się zaczęło:
-dlaczego ona z takim strasznym zezem nie ma okularów, (pierwsza moja myśl – jakim ku… zezem???)
-ona już dawno powinna być po operacji, przecież to dziewczynka! – (Smerfetka już sztywna ze strachu – operacja jej się bardzo źle kojarzy)
– jak pani mogła do tego dopuścić, co za beznadziejny lekarz ja prowadził wcześniej!- (mój poziom wkurwu już sięgał zenitu, ale myślę sobie – spokojnie nie stresujemy dzieci-)
Ciężko było mi zrozumieć co on mówił do nas, wydawał Dziobakowi polecenia, których dziecko nie rozumiało. Bardzo się starał, był wystraszony ale nawet bał się odezwać. Wg badania wyszło, że jego astygmatyzm bardzo się pogłębił, tylko że wg pana doktora to nie był problem. Problemem nadal był zez Smerfetki. Wypisał receptę i zaczęło się badanie młodej. Cały czas mi gadał, że jak mogłam coś takiego przeoczyć, że bez operacji się nie obejdzie, że dlaczego tak późno z dzieckiem przychodzę. Nie umiał jej zbadać, ona się strasznie starała patrzeć tam gdzie on kazał, nie ruszać głową. A on marudził, krzyczał, kazał mi iść precz od dziecka bo nie umiem jej zdyscyplinować. Oj… nie wytrzymałam. Jak huknęłam, że ja sobie nie życzę takiego traktowania, krzyczenia na moje dzieci i na mnie, że jak nie potrafi dziecka zbadać to ma mi oddać pieniądze a ja pójdę gdzieś indziej, że nie jest od tego żeby oceniać mnie jako matki…..No i się zaczęło, on idiotycznie tłumaczył się, że jest zmęczony, nie mówi dobrze po polsku, że mnie nie ocenia, że źle zrozumiałam. Ale wszystko takim tonem że cała przychodnia nas słyszała. W końcu stwierdził, że Smerfetka musi iść do szpitala na oddział, bo jest bardzo źle wada zmieniła się z plusów na minusy, zez ogromny. Wypisał skierowanie do prywatnej kliniki w Krakowie, którą prowadzi jego koleżanka. W tym czasie, młody chciał wyjść bo się bał, młoda płakała i mnie przepraszała, że nie udało się jej zbadać. Mi pękało serce i oczywiście nerwy puściły całkiem z płaczem mu wykrzyczałam, że ja się nie będę jemu tłumaczyć dlaczego dziecko dłuższy czas nie było u okulisty (bo cały czas mnie obwiniał, że jest tak źle). Wyszłam z gabinetu z dziećmi. Dziobak ubrał kurtkę i wyszedł, nie chciał żadnych oprawek stamtąd, chciał tylko wyjść. Smerfetki nie mogłam uspokoić całą drogę do babci. Cały wieczór płakała, a jej brat chodził nerwowy i nie mógł zasnąć. Babcia chciała jechać do przychodni i zamordować lekarza. Zostawiłam ich z dziadkami i pojechałam do domu ochłonąć. Płakałam pół nocy, uwierzyłam, że jestem fatalną matką, że pewnie coś zaniedbałam, byłam zła na siebie że dałam się ponieść emocjom. Nie mogłam się wyciszyć.
Napisałam skargę na lekarza, trochę mi ulżyło, ale niesmak został. Musiałam iść do innego okulisty. Bałam się co usłyszę tym razem, jak zareaguje młoda.
Dwa dni później byłyśmy już w innej przychodni. Pani doktor bardzo miła z genialnym podejściem do dziecka. Oczywiście pierwsze słowa „o ależ tu jest zez, jakieś zaniedbanie”. Zjeżyłam się, ale nie skomentowałam niczego. Ja tego zeza wcale nie widziałam u niej. Widywałam dzieci z dużo większym zezem, bardzo widocznym. U młodej ledwo jedno oczko uciekało i to tylko w momentach wielkiego skupienia.
Badanie było bardzo dokładne, z zakrapianiem oczu, sprawdzeniem wszystkiego dokładnie. Nie wyszła jej duża wada. Na drugi dzień miałyśmy przyjść na dobór szkieł i badanie kąta zeza. Byłam ciekawa tego badania. Po 10 minutach różnych testów usłyszałam, że dziecko ma delikatnego zeza, którego okulary skorygują całkowicie. Nie są potrzebne ani ćwiczenia, ani operacja ani nawet zaklejanie oczka. Pani doktor po obejrzeniu tych wyników, nie mogła uwierzyć i wysłała nas na dodatkowe testy, które potwierdziły to samo. Przy doborze szkieł okazało się, że wada wzroku nie jest duża. Niestety również występuje astygmatyzm ale nie tak ogromny jak u Dziobaka.
I w ten o to sposób okazało się, że ta koszmarna wada, którą nam „zdiagnozował” pierwszy lekarz, nie istnieje. A nerwy moje i dzieci, do niczego nie były potrzebne.
Aha no i że jak matka mówi, że zeza nie ma – to nie ma! I już!
PS. Koszt badania dwójki u pierwszego lekarza – 180zł
Koszt badania Smerfetki (dwukrotna wizyta plus badanie konta zeza) – 180 zł
Koszt okularów w sumie 1000 zł (Dziobaka szkła są bardzo drogie)
Jakaś masakra – dobrze że mam ich tylko dwoje bo bankructwo murowane 🙂

3 thoughts on “koszmarny okulista kontra matka wariatka

  1. Ja nie wiem, co ci okuliści powariowali teraz z tymi operacjami na zeza!
    Jestem rocznik 1979. Od urodzenia mam wadę oscylującą ok. +5 (okulary zaczęłam nosić zaraz po 2. roku życia), dodatkowo jako dziecko miałam zeza zbieżnego na lewym oku. Fakt, moja lekarka wciąż się wnerwiała, że nic się nie poprawia (miałam długo traumę co do okulisty, bo dałam sobie wmówić, że to moja wina), ale nigdy nie kierowała mnie na żadną operację! Oczy należało ćwiczyć – zaklejać silniejsze oko (prawe) i robić jeszcze ćwiczenia na likwidację zeza. Zez zniknął zupełnie, kiedy miałam lat kilkanaście (znikał stopniowo) i jak poszłam na studia, oczy musiały mi się zmęczyć, kiedy patrzyłam bez okularów, żebym zrobiła lewym okiem jakiś mini – mini – zez.
    Z kolei moja siostrzenica (11 lat), miała operację już ze 3 lata temu na zeza i jak na razie wcale jej to nie pomogło!
    Tak jak pisałam, z chodzeniem do okulistki miałam sporą traumę: „nic nie robisz, bo ci się oczy nie poprawiły!” – to ciągle słyszałam jako kilkulatka… A mi wada wzroku nie poprawiła się do dziś, tyle że zez zniknął, a był spory. Kiedy – będąc w liceum – wybrałam sobie inną okulistkę, byłam bardzo zdziwiona, kiedy ona zbadała mi oczy, porównała z ostatnią wizytą, powiedziała po prostu: „no, wada się nie pogłębiła, to dobrze, czy potrzebujesz nowe okulary, czy te jeszcze nie są zniszczone?” i żadnych wymówek, żadnych krzyków!

    Trzymaj się!!! Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *