Dziobaki i inne zwierzęta domowe.

„Jaja Franciszka” czyli naszych prosiaków historia prawdziwa.

Jestem niespełnionym weterynarzem. W moim domu rodzinnym (właściwie mieszkaniu – sporym, ale jednak mieszkaniu) zawsze było dużo zwierząt. W czasach kiedy mama miała hodowlę kotów rasowych miewałam malutkie kociaki, asystowałam przy porodach i potrafiłam zareagować na większość zwierzęcych dolegliwości. Mama uczyła mnie wszystkiego – sama też była samoukiem. W pewnym momencie wszyscy znajomi, zanim udali się ze swoim pupilem do profesjonalisty, przychodzili albo dzwonili do nas. Ja nie miałam żadnych ograniczeń jeżeli chodzi o zwierzaki. Miałam króliki „miniaturowe”, świnki morskie, szynszyla, chomiki, koszatniczki, szczury, rybki, psy i koty. Oczywiście nie wszystko naraz,ale mam doświadczenia w hodowli większości zwierząt domowych. Wiem ile radości i miłości potrafią dać zwierzaki i jak bardzo brakowało ich Dziobakowi od kiedy jesteśmy w NS.

W zeszłym roku pojawiły się u nas papugi. Gienek i Ziuta są świetne, chociaż mało oswojone. Mi jednak ciągle brakowało Małego i Puchatego do głaskania i tulenia. Niestety przy naszym trybie życia, kiedy większość czasu spędzamy poza domem, posiadanie psa lub kota nie jest możliwe. Napisałam więc do św. Mikołaja list i poprosiłam go o świnkę morską.

Dostałam świniaka w pięknej, wielkiej klatce i z pełnym wyposażeniem. Ja i dzieci byliśmy zachwyceni. Świniak (wg Mikołaja, który zostawił instrukcję obsługi prosiaczka) okazał się dziewczynką – Zuzią. Niedługo później zbliżały się święta Bożego Narodzenia, na które – jak wiecie -jechaliśmy do Karpacza. Od razu pomyślałam o tym, że Zuzia jest jeszcze mała i że będzie jej smutno samej przez tydzień – w końcu świnki morskie są stadnymi zwierzętami. Zapadła decyzja – trzeba dokupić drugą świnkę-dziewczynkę! W końcu papugi są dwie, dzieci jest dwoje, nawet kocury u babci są dwa! T. dostał więc zadanie bojowe – dokupić świnkę-dziewczynkę, w podobnym wieku, żeby nie było wojen ani dzieci.

U tego samego hodowcy T. dokupił więc koleżankę dla Zuzi – Anię. To już była pełnia szczęścia. Świnki razem świetnie się dogadywały od początku, a obserwacja ich zachowań daje nam masę radości i czasami śmiechu. Prosiaki zgodnie przeżyły nasz wyjazd do Karpacza.  Dokarmiała ich nasza koleżanka, zwana nomen omen – Liskiem. Po powrocie zastaliśmy, o dziwo, jajo w klatce papug – już drugie w ich historii. To również było puste – papugi bez budki lęgowej rzadko rozmnażają się skutecznie. Taka metoda antykoncepcyjna dla nimf. Swoją drogą fajnie by było jakby człowiek też zachodził w ciążę tylko w łóżku…. – w innych miejscach nie.

Prosiaczki rosną jak na drożdżach. Dziobak z nimi je, śpi i odrabia lekcje – czyli pełna symbioza. Smerfetka nawet już nie kwiczy, że ją drapią. Miesiąc po świętach czekał nas wyjazd na dwa tygodnie ferii. Tym razem naszą trzodą chlewną oraz drobiem miał się zająć dziadek. Spisał się na medal, my jednak tęskniliśmy bardzo za dziewczynkami, Ziutą i Gienkiem. Kiedy wróciliśmy okazało się, że Zuzia urosła sporo, Anka troszeczkę mniej. Co oczywiście zmartwiło mnie. Bo ja się zawsze czymś martwię.

Kiedy tak tuliliśmy się najpierw zauważyłam dziwne zachowanie Ani, przytulała się tak pięknie, ale niewiele zostało z jej nadpobudliwości. Stała się spokojna i jakby niemrawa. U ptaków w klatce jaj nie znaleziono, zamiast tego była kupa piór, więc tym razem z nudów nie było seksu tylko wojny jakieś.

W pewnym momencie, podczas zabawy Zuzia stanęła tyłem do mnie na wprost mojego nosa. Jak się zerwałam to przestraszyłam wszystkich domowników. Widzę te pytające oczy skierowane na mnie i mówię

  • matko kochana Zuzia ma jaja!!!!!!

T. mało nie zakrztusił się wodą, Dziobak ryknął śmiechem a Smerfetka patrzy na mnie, na rzeczonego prosiaka, ogląda ją z każdej strony i mówi:

  • ale gdzie ma jajko? To świnki też znoszą jajka?

Teraz to ja się mało nie udusiłam ze śmiechu, Dziobak też stracił trochę orientację.

  • nie dziecko nie takie jajka jak Ziuta, ona yyyyy on ….yyyy jest chłopakiem a nie dziewczynką…..ma takie jajka…..yyy no jak twój brat…. – ufff spociłam się z wrażena

Smerfetka popatrzyła z wielkim niesmakiem na Zuzie, na brata, na mnie. W ogóle jej się to nie mieściło w głowie co ja do niej mówię. Dziobak ryczał ze śmiechu, oglądał Zuzie z każdej strony w poszukiwaniu jajek i bardzo chciał je pokazać siostrze. Jednak nawet dowód rzeczowy do niej nie przemówił. Ja się zaczynałam zastanawiać co zrobić, czy w tym mieście jakiś wet mi wykastruje prosiaka i jaka jest szansa że nawyrabiali głupoty jak nas w domu nie było. Przeszperałam google i już wiedziałam co i jak. Mówię dzieciom, że trzeba iść do weterynarza wyciąć Zuzi jajka. Sprawę kastracji omówiliśmy już miesiąc temu kiedy kociaki – chłopaki u babci były kastrowane.

  • to nie będziemy mieć teraz małych świneeeeeekkkk??? – tak już rozumieją podstawowe zasady rozmnażania….
  • nie! mam nadzieje, że nie – uspokajałam siebie ale jednak bardzo rozczarowałam Dziobaki.
  • musicie wymyślić mu imię  – w końcu to chłopak, nie może być Zuzią  – T. pomyślał o najważniejszym
  • ale wujek, przecież św. Mikołaj nie mógł się pomylić? – Smerfetka nadal miała nadzieje, że to jakaś pomyłka.
  • św. Mikołaj jest starszy pan, a jajka świnki były małe, dopiero teraz urosły , może nie zauważył – trzeba było szyć na szybko historię.

Po dosyć długim tłumaczeniu co i jak oraz dlaczego nasze świnki jednak nie powinny mieć dzieci udało się uspokoić towarzystwo. Rano znalazłam weterynarza, który potwierdził diagnozę – jaja są – ja berety! Na koniec tygodnia umówiliśmy się na kastrację, no i trzeba było rozdzielić świniaki.

Dziobaki nazwały Zuzię Franciszkiem – po długich debatach i kilku innych propozycjach. Jesteśmy już po zabiegu, Franciszek czuje się dobrze ale jeszcze przez 7 tygodni jest płodny (co za masarka) więc siedzą nadal osobno, spotykają się tylko na wybiegu pod czujny okiem moim albo dzieci (tak, wiedzą, że Franek nie może wchodzić na Ankę 🙂 )

Wszytko zdaje się być pod kontrolą, tylko że zostałam zawezwana do zerówki Smerfetki ponieważ opowiadała koleżankom o jajkach Franciszka…. i nikt nie wiedział do końca kim do cholery jest Franciszek i czemu jego jajka tak fascynują młodą… 🙂 Jak wytłumaczyłam pani całą sprawę miała ze mnie niezły ubaw.

 

2 thoughts on “„Jaja Franciszka” czyli naszych prosiaków historia prawdziwa.

  1. Witaj Ewuśka. Dopiero teraz przeczytałam przygody Zuzi (franciszka) I Anki. Uśmiałam się co niemiara. Pozdrawiam Was serdecznie i ściskam mocno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *